Rozdział 5



Myśli w mojej głowie tworzyły bałagan, którego chciałam się pozbyć. Postanowiłam wszystko postawić na jedną kartę - miłość czy nienawiść. Miałam dość ciągłego stresu i niepewności. Źle odbijało się to na moim zdrowiu psychicznym. Coraz częściej sięgałam po silne środki uspokajające. Złościłam się z byle powodów. Swoją agresję wyładowywałam na nikim innym jak na Wojtku. Doprowadzałam do ostrej wymiany zdań i szarpaniny a potem do płaczu. Byłam w w rozsypce. Upadałam z każda chwilą w emocjonalną przepaść. Po co ten cały cyrk? Dlaczego raz na zawsze nie możemy zdecydować co z nami? Wystarczy przecież szczera rozmowa, lecz na nią brak odwagi. Żadna ze stron nie chce podjąć się tego jakże trudnego zadania. Paraliżuje nas na samą myśl o spojrzeniu sobie w oczy, a co dopiero rozmowa. Brak odwagi powoduje, że musimy tkwić w tej chorej relacji. Zaplątani w emocjach nie potrafimy określić swoich uczuć. Pragniemy siebie, lecz brakuje nam pewności siebie.  

To ostatni dzień w Bełchatowie. Na myśl, że nie będę musiała przebywać z Włodarczykiem czuje ulgę i ukłucie w sercu z powodu ... tęsknoty. Jest mi ciężko. 
Poranek zaczęłam od dużej dawki kofeiny i gorącego prysznicu. Brakowało mi tego od kilku męczących dni. Z myślą, że domownicy jeszcze śpią, owinięta tylko w ręcznik wyszłam z łazienki. 
- Masz tatuaż na plecach? - usłyszałam z tyłu. Przestraszona i zlękniona odwróciłam się nieśmiale na pięcie. Moim oczom ukazał się wysoki brunet. Patrzyłam na jego rozweseloną z podniecenia minę. Odwzajemniłam sarkastyczny uśmieszek i zbliżyłam się do mężczyzny. 
- Wilk. - odpowiedziałam z stoickim spokojem.
- Ach, tak! Bardzo ... ładny. - rzekł. Pod jego spoważniałą miną zauważyłam uśmiech. Czekałam, aż wybuchnie z radości.
- Tak! - rzuciłam chłodnym głosem po czym uśmiechnęłam się arogancko. 
- Przestań... - wyszeptał i zakrył twarz dłońmi. Spuściłam wzrok na ścianę.
Trwaliśmy w tej niezręcznej sytuacji kilka długich chwil, póki nie oznajmiłam, że wracam do gościnnego pokoju by się ubrać. Zmierzając ku pomieszczeniu czułam na dobie jego wzrok. Z trudem powstrzymałam się od odwrócenia i wtulenia się w niego. Zniknęłam z oczu mężczyzny zamykając drzwi na klucz. Zrzuciłam z siebie ręcznik i ubrałam bieliznę, a na nią pastelowy sweterek i czarne przetarte dżinsy. Na przemęczoną twarz nałożyłam małą ilość kosmetyków. 
- Trzeba zakryć wszelkie niedoskonałości. - powiedziałam do swojego odbicia w lustrze, maskując korektorem zasinienia pod oczami. 
Ogarnięta i w pełni gotowa zmierzałam radosnym krokiem w stronę kuchni. Ucałowałam córkę, która kończyła śniadanie. 
- Jadłaś? - zapytał siatkarz przerywając tym samym moja konwersację z trzylatką. 
- Yhy. - potwierdziłam.
- Nie widziałem ... - podszedł do nas. 
- Przestań. - rzuciłam z litością. Zbliżył się do stolika i wręczył mi talerz z kanapkami.

- Pożegnaj sie z tatą. - powiedziałam do córki, gdy ta odkładała talerzyk.
- Zaraz jedziemy? - ciągnęła że smutkiem. Widziałam w jej oczach rozczarowanie i ogromny zawód. Za moją prośbą niechętnie zszedła z krzesła i podeszła do taty wyciągając ręce do przytulenia. Wojtek podniósł ją i objął z całej siły całując w policzek.
- Przyjedziesz do nas na weekend? - zapytała trzylatka odrywając się z uścisku. - Pokażę ci mój pokój i pójdziemy na plac zabaw albo do kina. Obiecujesz? - Marcelina zasypała ojca słowami. Ten uśmiechnął się i obiecał, że nas odwiedzi, jeśli się zgodzę. Rzucili na mnie swoje spojrzenia i spowodowali, że się zgodziłam. Nie miałam odwagi odmówić córce.
Po dość długim żegnaniu się ojca z córką nadszedł czas na mnie. Nieśmiale przytuliłam się do faceta obejmując go wokół szyi. Czułam na karku jego usta. Obdarzył mnie ciepłym całusem. Zadrżałam. Dłońmi przeczesywałam jego kasztanowe włosy. Czułam jak przybliża mnie do swojego wysportowanego ciała i obejmuje w pasie.

Wychodząc z bełchatowskiego bloku, Marcelina zaczęła płakać. Z trudem przekonałam ją żeby nie smuciła się. W trakcie jazdy rozmawiałam z nią. Starałam się by nie odczuwała zbytnio tęsknoty za ojcem. Co jakiś czas patrzyła w okno i podśpiewywała piosenki z odtwarzacza.
Po jakże męczącej podróży ze względu na korki i deszczową pogodę po trzech godzinach jazdy dotarłyśmy do Warszawy. Wysiadłam z auta i wyciągnęłam z niego śpiącą córkę. Trzymając małą na rękach starałam się wyjąć z bagażnika nasze walizki. Bez skutku. Bagaże były zbyt ciężkie, by zabrać się za jednym razem. Zamknęłam auto i skierowałam się ku windzie by zanieść córkę i ewentualnie wrócić po bagaże.
- Hej! Czekaj! - usłyszałam na plecami głos dojrzałego mężczyzny. Obróciłam się całym ciałem i moim oczom ukazał się sąsiad z piątego piętra - Michał.
- Pomogę Ci z bagażami. - zaproponował.
- Dzięki. Z nieba mi spadłeś. Chciałam zabrać wszystko, ale nie dam rady. - uśmiechnęłam się lekko i wróciłam do auta.
- Nikt nie jest Supermenem. No, chyba, że to sportowiec ... i na dodatek siatkarz. - zażartował. Otworzyłam bagażnik a kolega wyjął z niego dwie walizki i plecak.

- Dzięki jeszcze raz. - powiedziałam, gdy wychodziliśmy z windy zmierzając do mojego mieszkania.
- Nie ma sprawy. Polecam się na przyszłość. - położył rękę na piersi i uśmiechnął się przyjacielsko. - Byłyście na wakacjach? - dodał.
- Tak jakby... - ciągnęłam. - Weekendowy wypad z córką.
- Udany? - zapytał, gdy wniósł walizki do mieszkania.
- Bardzo. Zwłaszcza dla Marceliny. - skierowałam wzrok na śpiącą w moich ramionach córkę.
- Lecę już. Widzimy się jutro. Pa. - uśmiechnęliśmy się oboje i udaliśmy do swoich mieszkań.

Resztę dnia spędziłam na przeglądaniu Internetu w celu uzyskania informacji potrzebnych do realizacji projektu z polecenia trenera Politechniki Jakuba Bednaruka. Zbierałam materiały potrzebne na zajęcia dla studentów AWF z fizjoterapii, które wkrótce odbędą się na hali warszawskiej drużyny. A ja, nie byłam w pełni przygotowana.
- Wszystko na ostatnią chwilę. Świetnie... - powiedziałam złoszcząc się na siebie.

Poniedziałkowy ranek rozpoczęłam od dużej ilości kawy. Całonocne przesiadywanie przed laptopem dało się we znaki. Finiszowałam tuż przed 3 nad ranem. Zadowolona i dumna ze swojej twórczości zasnęłam w salonie. Wstałam przed 7. Cała obolała, a jakże szczęśliwa. Ponad 50 slajdów obszernego tekstu i zdjęć o kontuzjach sportowców.  Świetnie! I to w jedną nieprzespaną noc.
Z litością do samej siebie ruszyłam z kanapy i skierowałam w stronę łazienki. Zimny długi prysznic sprawił, że ocuciłam się i mogłam zacząć wreszcie normalnie funkcjonować dzisiejszego dnia. Ubrałam się i rzewnym krokiem dotarłam do kuchni, gdzie zaczęłam przygotowywać śniadanie. W międzyczasie wskoczyłam do różowego pokoju, by obudzić Marcelinkę. Ta obrała się i dołączyła do wspólnego posiłku.

W szybkim tempie dotarłyśmy do warszawskiego przedszkola. Zaparkowałam przed budynkiem, po czym wysiadłyśmy z auta. Zaprowadziłam córkę do szatni i zdjęłam jej ubranie wierzchnie.
- Daj buziaka. - skradłam brunetce całusa, a ona przytuliła się do mnie.
- Pójdziemy dzisiaj do kina? - zapytała.
- A na co?
- Na ... - zastanawiała się trzylatka.
- Zwierzogród? - zapytałam.
- Tak! - uśmiechnęła się.
- Pewnie! No to leć! - odpowiedziałam.
Oderwała się ode mnie dając buziaka i pomaszerowała w stronę sali witając się przy tym z przedszkolanką. Odwzajemniłam uśmiech dwudziestoletniej blondynki i pomachałam córce, która czekała na ten gest.

Wróciłam do samochodu i pojechałam pod warszawski klub sportowy. Idąc w stronę wejścia przywitałam się z zawodnikami, którzy plotkowali na temat wczorajszego meczu piłkarzy. Mistrzostwa Europy bez polskich orzełków - temat tabu nr jeden w sportowym świecie. Każdy wie, że Lewandowski sam meczu nie wygra. Nie rozwodziłam się dłużej nad tą sprawą.
Z pomocą sekretarki szybko odnalazłam pokój trenera. Zapukałam do drzwi i weszłam do pomieszczenia, gdy uzyskałam na to zgodę.
- Dzień dobry. - przywitałam się z wysokim starszym mężczyzną.
- Dzień dobry. Pani Mazurek? Zgadza się? - zapytała niepewny swoich słów.
- Tak, jak najbardziej. Proszę, oto materiały. - podałam mężczyźnie teczkę z wypracowaniem i pendrive'a.
- Dziękuję, proszę tu położyć. - wskazał na wolna przestrzeń na biurku. - Napije się pani kawy? - zaproponował.
- Nie, dziękuję. - odpowiedziałam nieśmiale. Ilość kofeiny, jaką dostarczyłam mojemu organizmowi ze spokojem zapewniła mi moc, by przetrwać do 18.
Zajęłam miejsce siedzące na przeciw szkoleniowca.
Podczas naszej luźnej rozmowy do gabinetu bez pukania wszedł jeden z zawodników, który był zaskoczony moją obecnością.
- Trenerze, dzisiejszy trening odwołany? Nie ma pana, niecierpliwymi się. - powiedział Michał patrząc na moją minę.
- Nie zapomniałem o Was. Zagadałem się z Panią Pauliną. - rzekł kierując wzrok na moja osobę. Uśmiechnęłam się lekko do mężczyzny czując się niezręcznie w tej sytuacji. Oboje wstaliśmy z krzeseł i skierowaliśmy się we trójkę do wyjścia. Jak na dżentelmena przystało, Michał przepuścił mnie w drzwiach.
- Co tu robisz? - zapytała zaciekawiony, gdy opuścił nas Bednaruk.
- Przyniosłam materiały na szkolenie dla studentów. Mam nadzieję, że skorzystają, siedziałam nad tym całą noc. - odpowiedziałam akcentując dwa ostatnie wyrazy.
- Widać. -  zaśmiał się pokazują na swoje oczy.
- Niestety. Nawet kawa nie pomaga. - uśmiechnęłam się i założyłam ręce na piersi.
- Za dużo pracujesz. - w jego głosie usłyszałam nutkę troski. - Może... - ciągnął zerkając niepewnie na mnie.
- Może. - rzekłam nie czekając na dalszą część jego wypowiedzi. Uśmiechnął się szeroko pokazując białe zęby.
- Zapraszam Cię na obiad. Ciebie i Marcelinę. - rzucił po chwili.
- Chętnie, ale dzisiaj nie dam rady. Przepraszam.
- Okej, rozumiem. - lekko uśmiechnął się kryjąc smutek. Przytuliłam go po przyjacielsku  na pocieszenie. Przyciągnął mnie do swojego ciała i z całej siły zamknął w swoich ramionach. Z trudem powstrzymałam się od śmiechu. Oderwałam się od dwumetrowca i pożegnałam się.

Opuszczając klub usłyszałam dźwięk SMS-a. Z trudem odnalazłam telefon w torebce i przeczytałam:

Od: Asia 
Treść: Chcesz się spóźnić? Pacjenci czekają. Ruchy dziewczyno :)

Uśmiechnęłam się do wyświetlacza szepcząc pod nosem imię koleżanki z pracy. Z piskiem opon oddaliłam się od budynku i skręciłam w kierunku prywatnego gabinetu, gdzie zamierzałam spędził kolejnych 8 godzin. 


*
Hej! Oddaję w Wasze ręce 5 rozdział. 
Wiem, zawaliłam. Nie było mnie ponad 3 tygodnie. Prawie (ponad) miesiąc. Przepraszam :* Wybaczcie! Nowa szkoła i liceum. 
Musze przyzwyczaić się do nowego trybu pracy. 
Mam nadzieję, że nie znienawidziliście mnie :)
Jeszcze raz, przepraszam <3 


Pozdrawiam, Paullien <3 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Lydia Land of Grafic